Co w trawie piszczy

A teraz cos z zupełnie innej beczki

Sporo się dzieje, oj sporo. Już niebawem, blog błyskacza doniesie o:

  • Kolejnej fali testów
  • Staroindiańskiej próbie wody
  • Drzwiach do lasu i “Małej Puszczy”
  • Dziewczynach na ringu
  • Prawdopodobnie najlepszym projektancie
  • Prawdopodobnie najlepszej wizażystce
  • Kulach ognia
  • O tym kto zawita na www.blyskanie.pl (a będzie to hit!)

Dziś tylko zajawka:)

Ludzie listy piszą

Otrzymuje coraz więcej maili o różnej tematyce. Za matrymonialne dziękuje, za miesiąc się obrączkuje:) Ale szczególnie cieszy mnie, że pytacie o najrozmaitsze sprawy. Oznacza to, że po pierwsze ktoś czyta moje wypociny, a po drugie, że ktoś podziela moją pasję i chce się czegoś więcej dowiedzieć. Dla mnie to znak, że jest sporo pozytywnie zakręconych ludzi, którym coś się chce. Tak trzymać!:)

Krafcy na “Sofie”

Krafcy w Masadzie

W ostatni weekend mieliśmy okazje współpracować z Krafcami. Jest to zespół, który właśnie wypływa na szerokie wody showbusinesu, wydając swój pierwszy, debiutancki krążek. Chłopcy potrzebowali trochę zdjęć na płytę i do materiałów promocyjnych, a z racji tego, że znam się z nimi od prawie 15-tu lat, zgodziłem się nader skwapliwie. Tym bardziej, że muzyka, którą grają naprawdę wciąga, a muzycy to prawdziwa pierwsza liga, współpracująca z największymi w branży. Jak byłem jeszcze piękny i młody, miałem także szczęście z wieloma z nich muzykować:)

Pierwotnie mieliśmy nadzieję na plener, gdyż od dawna pogoda była iście afrykańska. Niestety w weekend niebo płakało niemiłosiernie, więc o żadnych kadrach w scenerii miejskiej nie było mowy. Na szczęście znaleźliśmy wnętrze wręcz idealnie pasujące do nastroju zdjęć – klub Masada w Krakowie. Jako, że moja ulubiona piosenka Krafców nosi tytuł “Sofa”, chcieliśmy osiągnąć efekt małego klimatycznego pokoju, pełnego rock’n'rollowych akcentów, którego centrum stanowi właśnie tytułowa sofa…

Sesję wykonaliśmy we współpracy ze sklepem internetowym www.fripers.pl, który dostarczył całość sprzętu do zdjęć, o czym za chwilę.

Szyć jak Krafcy

Zespół powstał w 1997 roku, kiedy to w rodzinnej Bochni w głowach kilku muzyków zrodził się pomysł, by dać upust swoim fascynacjom muzycznym. I to właśnie miłość do dźwięków granych przez m.in. Hendrixa, Kravitza, Red Hot Chili Peppers czy Prince’a przypieczętowuje powstanie KRAFCOW. LENIWYCH KRAFCOW!!! Bo taką nazwą posługiwali się przez jakiś czas koncertując na klubowych scenach Krakowa i w jego okolicach… i to z powodzeniem!!! Podczas setów do dziś entuzjastycznie przyjmowane są Krafcowe aranżacje hitów George’a Michael’a, Red Hot Chili Peppers, Chrisa Thomasa, Jamiroquai, Madonny, Simple Red, Kravitz’a czy Jackson’a. Po kilku latach kiedy skład personalny się ustabilizował, a repertuar został wzbogacony o autorskie piosenki, muzycy pozbyli się ze swojej nazwy słowa “Leniwi”… i ostro zabrali się do szycia! Warto wspomnieć, że od początku nowego milenium personel Krafców to ludzie, którzy swoje doświadczenie muzyczne nabywali m.in. z TSA, Dominiką Kurdziel, Kulturką, Inkwizycją, ZIYO, Halio Band, Griffem Hamiltonem, Wheatbreadem Johnsonem, Latającymi Talerzami, Moniką Brodką, Czterema Szmerami, Renatą Przemyk, Jazzgotem, Dave Ellis Blues Band, Terry Menem czy chórem Pueri Cantores Sancti Nicolai. W ciągu ostatnich lat ewoluował też klimat muzyczny w kompozycjach KRAFCÓW zmierzając od brzmień surowych gitar do kompozycji bardziej przemyślanych i wyważonych. Zarówno kompozycje jak i teksty w całości są autorstwa zespołu i tylko tą drogą (piosenki autorskie) Krafcy chcą podążać. Ważne dla istnienia zespołu jest również to, że nie stanowi on tak zwanego “składu” – lecz grupę przyjaciół! W kwietniu 2010 zespół rozpoczął nagrania debiutanckiej płyty w łódzkim Tonnstudio. Planowana premiera – jesień 2010.

Dodać należy, że chłopcy poddali się najbardziej obiektywnej próbie i wyszli z niej zwycięsko – swoją płytę nagrywają dzięki wsparciu swoich fanów w portalu megatotal.pl – to ludzie, którym podoba się muzyka Krafców pomogli im w tym przedsięwzięciu!

Sofa od kuchni

W tej sesji używaliśmy dosyć selektywnego oświetlenia. Z racji tego, że po pierwsze pracowaliśmy w pomieszczeniu, gdzie nie mogłem stosować szerokich, miękkich źródeł światła, a po drugie chcieliśmy osiągnąć dość specyficzny nastrój tych zdjęć, fotografując prawdziwych twardych facetów a nie plastikowe Barbie, zdecydowałem się na bardzo wąskie i skoncentrowane źródła światła.

Punktem wyjścia do tych zdjęć było światło zastane z licznych lampek stołowych w klubie. Dają onę specyficzną, ciepłą i klubową poświatę, na której chciałem się oprzeć. Z tego wyboru wynikały tak naprawdę parametry tych zdjęć – ISO 500, przesłona f4 (która pozwoliła mi na osiągnięcie dość dobrej głębi ostrości tak w pojedynczych portretach, jak i zdjęciach grupowych) oraz czas około 1/20 sekundy. Tak długi czas pozwolił mi bardzo dobrze wydobyć światło zastane ze sceny, rodził jednak trochę problemów. Oczywiście nie bałem się o poruszenie fotografowanych postaci, gdyż one oświetlone były światłem błyskowym, które zamraża ruch. Problemem mogło być poruszenie elementów oświetlonych właśnie światłem stołowych lampek, jednak jak się okazało nie było aż tak źle, głównie przez zastosowanie dodatkowych źródeł błyskowych.

No właśnie, mamy już podstawę ze światła zastanego, a co z błyskiem? Otóż głównym źródłem światła była jedna lampa Aurora Orion 400Ws na 1/16 mocy. Początkowo pracowałem z oktą 150cm, na którą założyłem grid. Bardzo rzadko pracuje z gridem na okcie i stwierdzam, że to mój błąd. Poprzez jego zastosowanie otrzymujemy bardzo skoncentrowane a jednocześnie miękkie źródło światła. Grid powoduje, iż okta świeci tylko w określonym kierunku, gdyż elementy plastra miodu nie pozwalają na przedostawanie się światła na boki. W strumieniu światło jest jednak bardzo miękkie i charakterystyką nie odbiega od standardowej okty. Przyznam, że tą oktę z gridem mam tylko do testów, jednak po tylu niewymuszonych pochwałach już w kliku postach, chyba kupię taką na własność. Jej wielkość – 150 cm, jest chyba optymalna do moich zastosowań, a sposób rozkładania i składania, przypominający pracę z parasolką (rozkładam ją już w około 4 sekundy) sprawia, że jest to coś czego będę używał non-stop. Dla mnie to najlepszy wynalazek w oświetleniu jaki poznałem! Więc uśmiechnę się pewnie do fripersa o jakiś rabat:)

W późniejszych zdjęciach postanowiłem nawet bardziej skupić główne źródło światła i zastosowałem beauty dish z gridem, który daje jeszcze bardziej wąski strumień i bardziej kontrastowe światło. Jako kontry używałem także lampki Aurora Orion 400Ws na 1/32 mocy z założonymi: snootem ( z lewej strony kadru) i wrotami z plastrem miodu. A więc wszystko precyzyjnie, selektywnie, oszczędnie. Lewa kontra na stałe oświetlała postaci na “Sofie”, prawa kontra podświetlała głównie długie ponętne nogi modelki – asystentki w niektórych zdjęciach.

Jako dopełnienie światła w scenie, którego było bardzo mało, zastosowaliśmy 2 małe lampki typu flash, które oświetlały ścianę. Pierwotnie były to lampki z założonym fitrem CTO, ale, że balans bieli dyktowały mi lampki stołowe w klubie o bardzo niskiej temperaturze, światło to wyglądało na prawie białe. Znacznie lepszy efekt osiągnęliśmy przy zastosowaniu filtrów czerwonych, które jeszcze bardziej podkreśliły kolor “Sofy” i całościowy klimat lokalu. Aby uzyskać ciekawe efekty na ścianie, jako GOBO użyłem wiązki kabli, którą ułożyłem między lampką a ścianą. Jako, że tych lamp w scenie mam zawsze więcej niż odbiorników wyzwalacza, musieliśmy sztukować je z dwóch różnych kompletów innych producentów. Chyba pora na dokupienie ze 2 YN602:)   Wiem, wiem, w pomieszczeniu mógłbym liczyć na to, że zadziałąją fotocele lamp, jednak przy tak selektywnym świetle, nie chciałem ryzykować. Poza tym nie mogłem sobie pozwolić na to, aby któraś z lamp nagle “nie wystrzeliła” – tak klub jak i chłopaki mieli napięty grafik.

Testy sprzętu

Dzięki współpracy ze sklepem www.fripers.pl, właśnie na tą sesję dostaliśmy całkiem sporo sprzętu oświetleniowego do testów:

Postarałem się więc jak najbardziej obiektywnie ocenić ten sprzęt i napisać o jego plusach i minusach.

Lampy Aurora Orion 400Ws, to propozycja do niewielkiego studia oraz oczywiście w plener. Dzięki swoim niewielkim rozmiarom i wadze (1,65 kg), a sporej mocy, mogą właśnie sprawdzić się jako oświetlenie plenerowe. W plenerach poręczność lamp oraz ich waga to niebagatelne aututy. Lampa po prostu wszędzie się zmieści i nie odbije się zbytnio na wadze walizki ze sprzętem. Bardzo pozytywnie zaskakuje także wykonanie tych lamp, materiały są naprawdę dobrze spasowane. Dzięki elektronicznemu wyświetlaczowi, możemy bardzo precyzyjnie sterować mocą lampy. Tylny panel jest bardzo czytelny, także w ciemnościach a  liczbowa regulacja to coś dla chcących bardzo precyzyjnie kontrolować błysk. Także moc światła pilotującego może być regulowana precyzyjnie – dostępna jest opcja “Full Power” , lub dostosowanie mocy pilota do mocy błysku.

Niestety poprzez swoje niewielkie rozmiary i chyba nienajlepsze mocowanie, lampa “przewraca się” z cięższymi modyfikatorami. Zaobserwowałem, że niekiedy okta 150 cm przeważała ją do przodu i konieczne było asekurowanie lampy. Wykona to pewnie z zastosowania dość nieporęcznej śruby mocującej, która, przynajmniej mnie, sprawiała sporo kłopotów.

Gdy jednak pracujemy w plenerze np z parasolką, lub mniejszym softboxem (a przecież głównie parasolek używa się w plenerach) lampa sprawuje się wyśmienicie. Co bardzo dla mnie ważne, nie zaobserwowałem, aby Aurora się grzała, co często zdarza mi się z lampami innych producentów. To głównie zasługa bardzo dobrej wentylacji. Temperatura błysku i jego powtarzalność w moich testach była wręcz wzorowa – mogłem być pewien, że lampa zawsze błyśnie światłem o przewidywalnej mocy i temperaturze. To bardzo ważna cecha i stosunkowo żadko spotykana w lampach w tym przedziale cenowym.

Jaki zatem werdykt? Aurora to bardzo fajna, tania lampka, głównie do małego studia lub w plener. Moc 400Ws to już całkiem przyzwoity błysk w słoneczny, czy lekko pochmurny dzień. Ewidentną wadą dla mnie jest niezbyt przemyślane mocowanie lampy, które przewraca ją z moją ukochaną oktą. Pewnie można to poprawić, wkręcić lepsze, “korbkowe” mocowanie, nie chciałem jednak modować sprzętu testowego:)  Jeśli jednak używasz głównie parasolek, lub lekkich softboxów w plenerze – to dobry wybór. Mała, poręczna i mocna lampka na pewno ci się przyda. Niebagatelnym jest również fakt, że przy swoich niezłych parametrach, lampa jest po prostu tania. Stosunek cena-jakość – 8/10!

Okta

O urokach okty typu szybki montaż rozpisywałem się już nie jeden raz. Dla mnie to największy wynalazek od czasu aparatu cyfrowego. Nauczony doświadczeniem rozkładania studyjnej okty 180cm (a leją się przy tym strumienie krwi i potu), świadomość ze Oktę 150 cm rozłożyć mogę w 4 sekundy, jest dla mnie po prostu porażająca. Jest to wręcz idealny modyfikator do pracy w plenerze. Wielkość 150cm jest optymalna do miękkiego oświetlenia całej postaci, a łatwość składania i rozkładania powoduje, że możemy sobie z nią bez problemu poradzić nawet bez obecności asystenta. Okta ma podwójny dyfuzor, aby dodatkowo zmiękczyć światło oraz mocowanie na grid (plaster miodu). To właśnie grid przydał mi się najbardziej na tej sesji, gdyż chciałem jak najbardziej ograniczyć strumień światła. Po złożeniu przechowywać możemy ten modyfikator w przeznaczonej do tego torbie, która, mimo sporych rozmiarów softboxa, nie straszy wielkością i nieporęcznością. Zatem nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że kocham tą oktę i chcę ją mieć!!! Polecam z czystym sumieniem absolutnie wszystkim. Na dowód moich słów o łatwości obsługi, poniżej filmik, w którym nota bene jako narrator debiutuje Asia… (filmiki ładuje ostatnio na videopress, więc wszystkie można sobie pobrać na swój komputer w oryginalnej wielkości)

Okta 150

This movie requires Adobe Flash for playback.

Ta sesja wymagała ode mnie zastosowania bardzo skupionego i oszczędnego światła, więc wszystkie modyfikatory takie jak gridy czy snooty bardzo się przydały. I tak naprawdę w testach sprawdziły się dość dobrze, pomijając incydenty z mocowaniem lampy.

Filmowo

Swoją nieocenioną pomoc udzielił nam jak zwykle niezawodny Maciek, który ze swoim bratem filmowali całą sesję Canonem 550D. Maciek nabył niedawno jazdę kamerową. Efekty widać na filmie. Efekty jak zwykle zresztą świetne, do tego stopnia, że Krafcy chcą z nim pogadać o wykorzystaniu tego materiału do ich teledysku !

Krafcy w Masada

This movie requires Adobe Flash for playback.

I przy okazji…

..pojawiło się kilka fajnych blogów fotograficznych, które prowadzą moi znajomi – naprawdę świetni fotografowie

  • Michał Świerkot – fotograf i animator ruchu fotograficznego w Bytomiu. Z Michałem mam nadzieję poprowadzić jeszcze jeden ciekawy projekt, o którym niebawem
  • Artur Mączka – świetny i pomysłowy fotograf, o wielkiej wrażliwości, pracoholik na wygnaniu w UK, z którym prowadzę nieskończone dysputy o sztuce, sensie życia i ginie z tonikiem
  • Michał Lewandowski – jeden z lepszych fotografów ślubnych jakich znam, przesympatyczny facet, posiadacz kalibratora (dzieki Michal za kalibracje iMaca!). U Michała na blogu zresztą pewnie niebawem pojawi się moja brzydka gęba i bałagan w pokoju.
  • Andrzej Olender – szczęśliwy posiadacz mojej “Piątki”:)  zapalony strobista ze Śląska

I na koniec bonus – wspólne pamiątkowe zdjęcie całej ekipy z zespołem:)

4fed18ba2d5c16404b2ebb78e311c96f

Krafcy na “Sofie” – zajawka

Sofa, Masada i Fripers.pl

Już niedlugo na blogu o:

  • Zespole Krafcy z Bochni, który lubie i podziwiam, a z muzykami którego 100 lat temu grałem w różnorakich produkcjach
  • Klubie Masada w Krakowie, który na chwilę posłużył jako “pokojowa sceneria”
  • www.fripers.pl, które udostępniło cały stos zabawek na tę sesję
  • Testach sprzętu, plusach i minusachh lamp Orion
  • Muzyce, poezji i whiskaczu
  • O tym dlaczego Maciek robi najlepsze filmy na świecie
  • Całej masie setupów, zdjęć z planu, opisach technik itd

Wodny Świat i polemika z samym sobą

Upały

Ponoć rekordowe, żar leje się z nieba. W czwartek, kiedy robiliśmy tą sesję, był najcieplejszy dzień tego lata. Klimat iście indyjski. Nic tylko taplać się w wodzie! Może to przyniesie trochę ochłody.

Razem z Piotrkiem, Mirkiem, Julią i Asią wybraliśmy się więc do Dobczyc, gdzie chłopaki mają swoją prywatną plaże! Widoki przepiękne, pusta, piękna plaża zachód słońca. Pierwsza moja myśl kiedy tam przyjechaliśmy:

“Jest pięknie, warto było tu przyjechać nawet jeśli całkowicie zmaścimy tą sesję”:)

Na szczęście z takimi fotografami, doskonałą modelką i niezmiernie zdolną wizażystką, ciężko było nie zrobić choć kilku ciekawych zdjęć.

Czas zastany, dziura od błysku

Wiele osób pyta mnie jak robić zdjęcia w plenerze. Spotykam się często z błędnym myśleniem o relacji światła zastanego i błyskowego w plenerze. Wielu z Was próbuje robić zdjęcia przy zachodzie słońca nawet z czasem 1/250 sekundy a uciekające światło ratuje podkręcaniem ISO. W takich zdjęciach należy zapamiętać jedną zasadę – to czas kontroluje ilość światła zastanego w scenie, a przesłona ilość światła błyskowego przy stałym ISO. Załóżmy ze jeszcze przed zachodem słońca ustaliliśmy sobie ISO na 100, przesłonę na f8 i czas 1/200. W takich warunkach balansuje nam się błysk ze światłem zastanym. Słońce w międzyczasie zachodzi i zastanego mamy coraz mniej. Potrzebujemy więc otworzyć przesłonę na dłuższy czas, tak aby te resztki światła mogły ładnie eksponować nam tło. Wartość przysłony nie zmieni się ponieważ błysk trwa ułamki sekund i nie wpływa nam kompletnie na oświetlenie zastane. I tak w miarę tego jak dzień odchodzi a zaczyna królować noc, wydłużać musimy czas coraz bardziej (nie zmieniając przesłony). W moim przypadku czasy były nawet rzędu 1/8 sekundy! Można oczywiście podkręcać ISO ale wtedy po pierwsze wpływamy tak na światło zastane jak i błyskowe (i musimy w trakcie sesji regulować moc lampy, co przy ograniczeniach czasowych nie jest zbyt praktyczne), a po drugie wprowadzamy szum matrycy do zdjęcia.

Ale co z poruszeniem? 1/8 to jednak kawałem czasu:)

Owszem, ale pamiętać należy, że błysk, który trwa ułamki sekund, zamraża nam modela na pierwszym planie. Więc specjalnie nie musimy obawiać się o poruszone zdjęcia nawet przy 1 sekundzie. Jasne, jeśli akurat wróciliśmy z imprezy, to nasze ręce mogą nie być takie pewne. Ale jeśli zastosujemy technikę, polegającą na tym, iż robimy 2-3 takie same ujęcia, jedno z nich na 100% wyjdzie ostre. Spróbujcie!

Rozmiar ma znaczenie

…i nie tylko tego o czym teraz myślicie. Także żeby było miekko i przyjemnie, musi być duży…

Ok, już bez podtekstów – co decyduje o tym, że dany modyfikator daje nam miękkie lub twarde światło? Widziałem wielu fotografów, którzy przekonani byli, że mini softbox 10 centymentrowy, założony na lampę aparatową, tudzież chusteczki nakładane na taką lampę, czy inne tego typu patenty, zapewnią odpowiednio miękkie światło. Niestety, to tak nie działa. Modyfikator będzie tak miękki jak jego relatywna wielkość w stosunku do modela. Relatywna – czyli nawet bardzo duży softbox, ustawiony daleko od modela, jest relatywnie mały. Błyskanie więc przez wielką oktę z 10metrów mija się kompletnie z celem. Softbox odpowiednio duży i ustawiony odpowiednio blisko, jest nam w stanie zapewnić pochlebne, miękkie światło na fotografowanym modelu. Dlatego też np wąskie snooty dają nam ostre, konrastowe oświetlenie, pełne cieni, a moja 180-tka oblewa pięknie światłem. Nie chcę nikogo obrażać, chyba tylko siebie, ale nazywam tą oktę światłem dla debili!

Dla debili? Ale nie jest ważny tylko rozmiar, ale co się z TYM robi

Wiem, wiem, brutalne porównanie, ale chodzi mi o to, iż odpowiednio ustawiona, w każdym przypadku da nam dobre światło. odpowiednio, czyli oświetlając to co chcemy a pozostawiając w cieniu pozostałe fragmenty. Strzelanie nawet z takiej okty na wprost, blisko osi obiektywu, nic nam nie da!

A racja – nie było o setupie

No tak – warunki zmienne o czym pisałem. Przy moim ulubionym ISO 50 i przesłonie f4 (z założonym filtrem polaryzacyjnym na obiektyw 17-40, który ogranicza dostęp światła o ok 2 działki przesłony) startowałem z czasami rzędu 1/160 sekundy. Skończyłem na czasie aż 1/8s. Zaświeciliśmy Quantuumem 600 Ws na pełnej mocy z założoną oktą 180cm, oraz na kontrę dwoma lampami SB-24 na połowie mocy, z pełnymi filtrami CTO, tak aby udawały trochę blask słoneczny.

Zdjęcia robiłem obiektywem 17-40 z dość niskich kątów, musiałem więc nieco taplać się w wodzie, kłaść się do niej i jak nigdy uważać na sprzęt. Nie chciałbym w końcu aby aparat wylądował w wodzie, od której dzieliły go dosłownie milimetry.  No i oczywiście lampy stały na statywach …. w metrowej wodzie. Z perspektywy czasu, krew mi się mrozi w żyłach jak na to patrze!!!

Dach w 10 minut

10 min

Tak, 10 minut zajęła nam ta sesja. Wliczając w to wyjście na dach (który już prezentowałem przy okazji sesji z Karoliną), przekonanie babci, która mieszka na ostatnim piętrze, że jesteśmy niegroźni, rozłożenie lamp i zrobienie zdjęć. Więc sesja iście ekspresowa. Dlaczego? Bo niestety za późno zdecydowaliśmy się na jakiekolwiek zdjęcia i musięliśmy baaardzo się spieszyć, aby złapać trochę światła. Zatem zrobiliśmy chyba tylko z 15 zdjęć, w tym 2 prezentuję w tym wpisie.

Zaświeciliśmy oczywiście moją cudowną i cudownie niepraktyczną oktą 180cm z lampą Quantuum 600 Ws, oraz lampką 430 EX II z pełnym filtrem CTO (na mocy 1/4). ISO 200, czas około 1/30 sekundy, przysłona f4.

Dziś chyba tyle, wpis ekspresowy, jako miła odmiana od wcześniejszych poematach dygresyjnych:)

T w i t t e r
B l y s k a n i e